niedziela, 15 lutego 2009
Czasoprzestrzenie zawieszone

Piszę żeby nie usnąć. Piszę, a potem przepiszę. Wystukam wstukam. To brzmi dla Was bez sensu. Widzicie: czcionka Helvetica, rozmiar 12. Ja widzę papier makulaturowy w linię, długopis niebieski, ręka sino- śliwkowa, zmarzła.

A treść?

Szczegół, ale konwencja zobowiązuje, więc...treść nastąpi po kropce.

Kropka.

Dawno temu w trawie. Wróć. Nie kłam. Dawno temu w betonie. Dawno temu w cegle. Niedawno w szkle i metalu... stało się Birmingham. Przebywaliśmy dni trzy. Trzy dni leniwe, błogie, nieturystyczne i inspirujące. Gdyby tylko było trochę mniej mroźno... Ale pewnie wtedy  (każdy patol ma dwa końce) mniej czasu spędzilibyśmy w hostelu- nie oglądneli filmów na prześcieradle, nie zjedli tostów z dżemem i masłem orzechowym, nie poznali dwójki Południowych Afrykańczyków. Nie poznali to i nie pogadali. Ludzie z drugiego końca świata mówią i rozumiesz. (jak ktoś nie uchwycił, nie o kwestię lingwistyczną się tu rozchodzi). Chcesz ich poznać bliżej. Nie ma czasu. Lecą jutro z Heathrow. 

Teraz przepisuję do notesu ich mailowe adresy. Coś muszę robić żeby nie zamarznąć. Kaligrafuję małpę. Perfekcyjny ogonek zawijasek. Wolę nie rozglądać się wkoło po tym obrzydzeniem napawającym lokalu.

Wiem, że to nie jest rozwiązanie, ale może tak to rozwiążę? Ucieknę przed rzeczywistością we wspomnienia. Choć na osiem godzin? Na osiem godzin metoda da radę? Testuję... Myślami w Birmingham...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do 9:10 jeszcze 7 godzin 23 minuty. 0 20:45 wróciliśmy z Birmingham, a rankiem porankiem (o wspomnianej 9:10) mamy pociąg do Portsmouth. Nie mamy tylko gdzie tej nocy spędzić. Mieszkania musieliśmy się pozbyć parę dni temu, do Kuby, u którego mamy toboły , za daleko, by pędzić nocą i wrócić na ranek. Noc- to tu tam.

Hania i Piotruś zobaczą morze jak dotrwają do rana. Hania i Piotruś chcą zobaczyć morze.

Siedzimy teraz w 'Burger Kingu' na Leicester Square. To miejsce z dachem i atrapą ogrzewania otwarte najdłużej w całym znanym nam Londynie.- do 2:45... (Nie licząc nocnych klubów, do których pakerskie gorylasy na bramkach wjazdowych nie wpuszczają brudnych jeansów i plecaków.)

Potem jeszcze tylko 6 godzin 10 minut. Można nawet liczyć 6 godzin. Przecież pociągi podstawiają wcześniej.

Muszę iść do toalety. W tej sytuacji, to jakaś rozrywka. Idę do WC, idę się rozerwać.

W toalecie rozrolowany na posadzce papier, pełno strzykawek. Pod umywalką kuca młoda dziewczyna. Myślę, że ma około 16 lat, choć mini, wysokie obcasy i futerko dodają jej trochę... hmm... dojrzałości? Kuca i śmieje się głośno sama do siebie. Z kabiny wychodzi jej koleżanka. Pyta 'I jak?' Histeryczny śmiech jest chyba odpowiedzią, że genialnie. Koleżanka wącha zawartość bibuły nad zlewem i wychodzi. Białe futerko nadal się trzęsie ze śmiechu. Sikam 'na Małysza' z rękami wyciągniętymi do przodu żeby niczego nie dotknąć. Chyba bardzo chcę, więc zachowuję równowagę. Wychodzę. Mija mnie w drzwiach Blondynka- Czarna Rozmazana Krecha Pod Okiem. Chwiejnie podchodzi do lustra i wymiotuje prosto przed siebie. Wymiociny na lustrze wyglądają jakby było ich dwa razy więcej niż w rzeczywistości. Odbicie lustrzane wódki z kebabem. Tak, wydaje mi się, że to był zapach niedotrawionego kebaba...

Wychodzimy wcześniej niż planowaliśmy.

O 2:30 udajemy się na Dworzec Viktoria. Victoria- automatyczne skojarzenie ze słowem noc i bezdomność. Kropi deszcz i marznę. Marznę jeszcze bardziej na dworcu. Włączone zimne dmuchawy mają odstraszać bezdomnych przed nocowaniem w tym reprezentacyjnym budynku. Dworzec- to brzmi majestatycznie. Chrońmy dworzec przed bezdomnymii i przed podróżnymi czekającymi na pociąg. 

Od zimna pęcherz ogłupiał. Znowu idę do toalety. Nie jest to proste. W niemal każdej kabinie śpi kobieta. O, przepraszam pana. I jeden mężczyzna. Tu  jest ciepło. Kojąco ciepło. I jeszcze te maszyny do osuszania rąk wystrzeliwujące gorącym wiatrem nawet bez dotknięcia czarodziejskiej różdżki. Czarodziejska różdżka ma wbudowany detektor ruchu, który uruchamia maszynę, gdy dłoń jest choćby w pobliżu. Podstawiam stopy i kolana. Chwilowe uczucie odniesionej victorii...

Piotr kupił gorącą czekoladę w całonocnym okienku. Lokujemy się między filarem, a automatem z biletami (może to był automat z colą? nie pamiętam. ). W szczelinie mniej wieje, ale i tak nie da się zdrzemnąć. Swoją nieskuteczną metodą myślę o czymś przyjemnym, o przyjemnym wczorajszym dniu kończącym się mało przyjemnie. Jednocześnie tracę neuronalny kontakt z palcami u stóp...

 

 

 




 


 



 



 (Browar hipernabąbelkowany- obiekt fascynacji artystycznej Piotra)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 To nie ma sensu. Lepiej wyjść i się ruszać. Gdziekolwiek przed siebie.Albo i nawet za siebie. Albo i z siebie.

Wleczemy się w stronę Dworca Waterloo, o którym nie wiemy nic, poza tym, że o 9:10 odjedzie z niego pociąg do Portsmouth. W czarnych myślach widzimy małą blaszaną wiatę, dwie ławki dla podróżnych po nawietrznej stronie kolejowego nasypu i zamkniętą kasę biletową. Ale nie mamy już lepszego pomysłu na cel przeklętego spaceru. Gdzie można iść o 4:30? 

Czarne myśli jak zwykle nas oszukały. Duża przestronna hala i otwarte 'Cafe Nero'. Zamawiamy ogromne  latte. Ciepłe mleko dopływa do małego palca u nogi. Zasypiam na stole.

P.S.

Naszego pociągu nie podstawili wcześniej. Spóźnił się dwadzieścia minut. Jadąc, chciałam podziwiać widoki, ale mimo wysiłków oczy zamknęły się w drugiej minucie podróży i otwarły na stacji końcowej. A co mi się śniło? ...

 

 

 

A gdy ktoś mnie teraz pyta o odbyte podróże. Odpowiadam: 'A, byliśmy w Birmingham. A z Birmingham udaliśmy się nad morze. Do Portsmouth.' I tyle...

 

 

 

15:18, dyniadlamumby
Link Komentarze (3) »
piątek, 16 stycznia 2009
Alternatywne dla Oxford Street źródła łba zawrotu- odsłona druga.
Jak ktoś nie zwariował przed Świętami, gdy tłum w rozmiarze Niedasiębyćwiększym przelewał się ulicami, mostami, sklepami, straganami..., to zwariował po Świętach, gdy tłum Ajednakdasiębyćwiększym wylał się z autobusów, pociągów, taksówek, wylazł z kanałów, studzienek ściekowych i dziur w murze, by wyrwać diabłu najlepsze wyprzedażowe okazje. 25%! 50%! 149%! ... Przed szaleństwem nie uciekniesz. A i komu by na uciekaniu zależało, gdy zawrót głowy z Oxford Street (będący odpowiednikiem kasku neurastenicznego połączonego z nienawiścią do ludzkości) można zamienić na...
 
SPITAFIELDS MARKET 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Nie pospacerowałam po targu długo. Tego dnia rozpanoszył się siarczysty mróz -1, a na dodatek pewien odziany w skórzaną kurtkę Hindus znalazł upodobanie w kroczeniu za mną krok w krok. Gdy już wydawało mi się że go zgubiłam,ni z tego ni z owego , jak królik z kapelusza, wyłaniał się zza przeciwległego straganu szczerząc żółte zęby. Zabawę uznał za nudną i nie wartą ni świeczki ni ogarka, gdy poprosiłam o zatarcie przed nim mych śladów groźnego konstabla.   Pan władza przejęty mym losem odprowadził mnie na przystanek.
 
Wróciłam nazajutrz, ale nie na zakupy. Targ to żywa galeria- dziejąca się tu i teraz sztuka- wszystko to, co za sto tysięcy lat skamienieje w  jakimś muzeum w sali 'Życie i obyczaje pierwotnego ludu Londyńczyków- początek XXI wieku i charakterystyczne dla niego mieszanie tego co vintage z odważnym eksperymentowaniem. Ekspozycja czasowa.'
 
Mimo postępu medycyny tej wystawy raczej nie doczekam, więc nie ma wyjścia- muszę wykorzystać fakt bycia teraz i tu. 
 
04:47, dyniadlamumby
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 stycznia 2009
Alternatywne dla Oxford Street źródła zawrotu głowy- odsłona pierwsza.
 
 
Jak ktoś nie zwariował przed Świętami, gdy tłum w rozmiarze Niedasiębyćwiększym przelewał się ulicami, mostami, sklepami, straganami..., to zwariował po Świętach, gdy tłum Ajednakdasiębyćwiększym wylał się z autobusów, pociągów, taksówek, wylazł z kanałów, studzienek ściekowych i dziur w murze, by wyrwać diabłu najlepsze wyprzedażowe okazje. 25%! 50%! 149%! ... Przed szaleństwem nie uciekniesz. A i komu by na uciekaniu zależało, gdy zawrót głowy z Oxford Street (będący odpowiednikiem kasku neurastenicznego połączonego z nienawiścią do ludzkości) można zamienić na... 
 
 
 
PORTOBELLO MARKET NA PORTOBELLO ROAD
  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Z poplątaniem pomieszanie. Eleganckie damy w szpilkach od 'Prady' na dziurawym bruku szukają idealnego, antykowego świecznika do, już i tak idealnego, salonu.  Japońscy turyści robią zdjęcia. W jedną z kamienic wepchało się 'Tesco'- jak wszędzie kolejka. Japońscy turyści robią zdjęcia. Na straganie jabłka przywiezione wczesnym rankiem ze wsi. Japońscy turyści robią zdjęcia. Pan w garniturze czyta na ławce gazetę. Pali cygaro. Japońscy turyści robią zdjęcia. Murzynka sprzedaje z gara grzane wino i prażone fistaszki z patelni. W obuwniczym na rogu kolorowych trampek dziesiątki. Najciekawsze z nadrukowanym Manhattanem. Japońscy turyści robią zdjęcia. Stragany, stragany, stragany. Firany, dywan szarpany kolorem pijany. Kafejki, kawiarnie, knajpy, restauracje. Restauracje, knajpy, kawiarnie, kafejki. Japońscy turyści robią zdjęcia...
 
 
 
 
01:40, dyniadlamumby
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 stycznia 2009
Very Big Issue

Codziennie wpada na mnie paru Bezdomnych wciskając mi do oczu, rąk,  do uszu... 'Big Issue'- wymiętoszone, zabrudzone, często mokre od deszczu. Obrzydliwe. Magazyn za funt pięćdziesiąt. Osoby bezdomne nabywają dowolną ilość egzemplarzy za 70p, a pozostałe 80p plus wolne dodatki od czytelników gazety, zostają dla nich. Nigdy nawet nie przyszło mi do głowy by to kupić. Właśnie dlatego, że obrzydliwe. Łatwiej kupić sandwicha w 'Sainsbury' czy wynieść potajemnie frytki z kuchni (pracuję przy dworcu Viktoria, wpada na frytki bezdomny Polak, który podaje się za kombatanta, co stracił duszę i dwa palce u nogi w Iraku, wpada po portfele klientów bezdomny Jamajczyk, wpada po niedopite kufle niezidentyfikowana grupa Mieszkańców Ulicy- obywateli całego świata...). Gdy koło północy wracam z pracy, bezdomni leżą już w śpiworach w bramach, zaułkach, na stopniach, pod witrynami sklepów. Widać, że każdy ma oficjalny meldunek na własnym kawałku chodnika. Nie wzbudzają we mnie lęku. Nie wzbudzają we mnie już emocji. Żyjemy koło siebie, ale w dwóch różnych światach. Najsilniej odgrodzeni murem obrzydzenia. Możemy pogadać, ale nie zbliżajmy się. Nam, ludziom co wklepują w ręce nagietkowy balsam, dupę szorują pumeksem, perfumują się za uchem, pod pachą, na klacie... najtrudniej przekroczyć barierę smrodu i brudu. 

Wczoraj kupiłam pod katedrą Westminster swoje pierwsze w życiu 'Issue'. Nie dlatego, że nagle stałam się lepszym, wrażliwszym człowiekiem. Dzisiaj w pracy popsuła się klimatyzacja i oszalała- temperatura przekraczała 30 stopni. Nie spałam dziś dobrze (Młodzieńczy atak bólów reumatycznych w lewym biodrze. Chłód i wilgoć mi nie służy. Upał też nie). Czułam się brudna, spocona, brzydka, zatęchła, opuchnięta, wymięta, powykręcana. Zmęczona tak, że zapluty wyżutymi gumami, obsikany, zakurzony chodnik wydawał mi się miejscem do spania dobrym jak każde inne. Byłam brzydkim dzieckiem ulicy. Chwilę.

Sprzedawca okazał się Polakiem. Pogadaliśmy na mrozie. Mówił, że w Londynie łatwiej zimę przetrzymać, bo w Lublinie, to do -20 nawet temperatura spada, a tutaj koło zera się trzyma. Na koniec rzucił:

- Wie pani, tam nic nie miałem, tu nic nie mam- ale tu przynajmniej to funty rzucają i jak se tak pomnożę przez cztery, to   myślę, że jakbym z tym wrócił, to byłbym w Lublinie pan. No dzisiaj- mam z tego gówna co to pani kupiła już z 10 funtów. To to jest ponad 40 złotych. To nie jest już jakaś jałmużna...

 

Siedziałam dzisiaj w 'Bordersie' (znowu ta zakichana księgarnia. Pomówicie, że się kreuję na takiego co czyta, a ja tylko piszę, że siedziałam...). Przede mną leżał 'The times' otworzony na dziewiątej stronie- 'Gaza conflict'. Wertowałam wielki, ciężki, oksfordzki słownik, by przypomnieć sobie nieużywane zwroty, słowa... Tak, te niepotrzebne znikają z języka. Po co komu na codzień 'nerve gas'- gaz paraliżujący, 'onslaught'- szturm, 'ceasefire'- zawieszenie broni,  'ground-to-air missile'- pocisk ziemia- powietrze... A ja chciałam zrozumieć. O ile można tu cokolwiek rozumieć...

- Ciekawe zdjęcie. Co to za gazeta? A 'Times'. Nie byle co. Dla elity. Ale 'The Independent' lepszy. Co jest na tym zdjęciu?

-Słucham?- spytałam wyrwana z pełnych złości myśli o absurdzie, niesprawiedliwości, bezradności, wojnie. Myśli, w które machinalnie wtrącałam angielskie słówka 'jak można zbombardować water supplies dla refugee camp. Bezczelnością jest szukanie racjonalnych tłumaczeń. 57 tysięcy population tam...' Podniosłam wzrok przecinając bieżący neuronalny przepływ i przekierunkowując uwagę na 'tu i teraz'. Przede mną stał mężczyzna koło sześćdziesiątki. W rękach miał swój dobytek- dwie pocerowane podróżne torby i przytroczony śpiwór. Pachniał tak jak ONI. Miał chropowate dłonie pełne świeżych strupów, długi, siwy, pokołtuniony zarost, brudną, wypłowiałą kurtkę 'Adidas' i wielkie buciory przewiązane sznurkiem, by nie spadły.

- Zdjęcie? Yyy... to chłopiec ze zbombardowanej szkoły ONZ. Wkłada rękę to dziury w ścianie. 

- Ale czego można szukać w dziurze? 

- Może sprawdza, czy to możliwe, czy to nie sen- że ściana, która chwilę temu była cała, teraz ma dziurę.

Pomyślałam, że to brzmi idiotycznie, ale tak na prawdę, czy przerażenie nie bierze się właśnie z utraty pewników? Takich jak ściana bez dziur, bez dziur dach, woda w kranie, prąd w kontakcie, klamka w drzwiach, mama w kuchni, tata z pracy, szyba w oknie...

- E tam, to jest zdjęcie metaforyczne. Ja to czuję. Nie wiem o co chodzi, ale tu jest jakaś poezja. Ja się na sztuce nie znam, to nie rozumiem, ale na to zdjęcie trzeba patrzeć... jakoś.... inaczej. Może on szuka pokoju? Może myśli, że po drugiej stronie muru będzie cisza? Może po drugiej stronie ściany ludzie wiedzą, że czy Żyd czy Arab to jedno i to samo. Tak samo bogaty i bezdomny to jedno i to samo. Ty i ja i ten dzieciak ze zdjęcia i ten facet (zaśmiał się wskazując na ryżego grubasa, który schylając się po książkę z dolnej półki ukazał światu jedną trzecią okazałych pośladków.)

Jak nagle podszedł, tak nagle odszedł. Usiadł przy stoliku na przeciwko, rozłożył album fotograficzny 'Góry świata' i uśmiechał się do siebie, coś sobie opowiadał, przewracał kartki z zainteresowaniem w oczach... Nie wiem, czy to było Kilimandżaro, Górny Karabach, Kordyliery czy Wzgórza Golan... ale patrzył tak jakoś... inaczej.

 

03:46, dyniadlamumby
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 stycznia 2009
Pocztówki bezokolicznościowe

Adresat: Agut

Nadawca: Hanut

  

 

 

 

Świeczka jako odpowiednik makowego kwiata, chociaż... ja nie tęsknię. Mnie po prostu czasem nachodzi ochota niemożliwa do zaspokojenia, by se tak siąść razem jak człowieki i pogadać i herbatę zaparzyć. I pierwszą i kolejną i życia zawiłości na lewą stronę powywracać. 

Buziaki Aguś i pozdrów Walczących z Wiatrakami. 

23:46, dyniadlamumby
Link Komentarze (2) »
Nie rozproszmy się!

Człowieka Baterię spotkałam w 'Bordersie' na Oksford Street- (księgarnia typu 'posiedź se i poczytaj jak lubisz').

 

 

 

Wszyscy przyglądali mu się z ukradka (niektórym ukradkiem nie wyszło i osiągnęli efekt 'jak po to masz oczy, to  niech ci żaba wskoczy'). Poczułam, że to nie wypada, że ktoś musi przerwać tę falę narastającej ciekawości. Niesiona tą falą, podeszłam do stolika i spytałam: 'Ale panie, o co to panu z tym chodzi?'.

Pan nazwał siebie profesorem parapsychologii na uniwerstecie (po prostu- uniwersytecie, czy ważne jakim i czy w ogóle?). Metalowa piramida, którą miał na głowie pomaga  zbierać rozproszoną energię. Zebrana energia kumuluje się w amulecie, który ma na piersi. Można ją potem wykorzystać w przypadku spadku energii własnej. Energia, która przepływa, generuje chaotyczne myśli i obrazy, które należy w czasie procesu kumulacji zapisywać. (Trochę tak jak Jung kazał zapisywać sny, by potem poskładać chaos w kupę). Gdy spojrzałam na kartkę leżącą przed Czowiekiem Baterią, ujrzałam pojedyncze słowa i ułożone w okrąg sześciany.

 

 

 

A dlaczego najlepszym miejscem do zbierania energii jest Oksford Street w pierwszym dniu styczniowych wyprzedaży?

'Bo ludzie tracą tu najwięcej energii. Skupieni są na szukaniu okazji, a twórcze i genialne myśli z nich ulatują. I ja je łapię. Pani tego nie czuje? Że wchodzi się do sklepu, a tam ludzie pełni złej energii, a dobra z nich uszła i unosi się w powietrzu?'

03:01, dyniadlamumby
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 stycznia 2009
Hackney

 

 

 

 

W 2006 roku kanał czwarty brytyjskiej telewizji (głosami ekspertów jak i motłochu) uznał londyńską dzielnicę Hackney za najgorsze do życia miejsce w Wielkiej Brytani. Chociaż w latach 2003- 07 przestępczość spadła o rekordowe 28%, przeciętnie rozsądny obywatel nie zapuszcza się w te strony po zmroku.

Pierwszy raz znaleźliśmy się tam koło dwudziestej drugiej. Eksplorowaliśmy Londyn jeżdżąc pociągiem wokół drugiej strefy i stacja Hackney Wick była ostatnią, na której mogliśmy wysiąść (dalej pociąg wjeżdżał w strefę trzecią, a nasz bilet jej nie obejmuje). Poczuliśmy przypływ zdziwienia, który szybkim krokiem przeszedł w modlitwę o zbawienie, gdy po opuszczeniu stacji zobaczyliśmy... nic. (Nic obejmuje puste ulice, zabite dechami okna, zakratowane okna, odpadający tynk, pustą fabrykę, złomowisko, plac pełen betonowych płyt i wielkoformatowych śmieci). Modlitwa o Jakikolwiek Autobus do Gdziekolwiek została wysłuchana. Dzięki temu, parę dni później mogliśmy wrócić za dnia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A w 2012 roku wszystkie oczy wszystkich światów będą patrzeć w tę stronę- Hackney. Tu powstaje wioska olimpijska, stadiony, domki dla dziennikarzy... Jednym słowem- Globalne Centrum Generowania Skrajnych Stanów Emocjonalnych i Manipulowania Natężeniem Konfliktów Międzynarodowych... 

Do zobaczenia! Dźwigi i kopary już nadjechały!

 

 

 

 

01:53, dyniadlamumby
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 stycznia 2009
Miasta nocą; nocą świat.

 

OXFORD

 

 

  

 

 EDYNBURG

 

 

 

LONDYN- Greenwich 

 

 P.S.

Świecące paski po lewej to policyjne kamizelki. Przed chwilą przeszukały grupę potencjalnych młodocianych. Pewnie coś znalazły, bo zaraz z hałasem nadjechały dwa radiowozy pełne kamizelek-klonów. Stoją teraz z młodocianymi po lewej i coś skrzętnie spisują i rekwirują. Nie zmieściły się w kadrze, bo jak miałam do wyboru iluminację choinko- trojkąta i Canary Wharf, albo odblaskujące w stylu 'kosmos' kamizelki stróżujące, wybrałam jedynie mym zdaniem słusznie.

Miłośników Wiesława Gabriela Złotopolskiego i Marylki, przepraszam.

 

 

 

22:46, dyniadlamumby
Link Komentarze (2) »
niedziela, 28 grudnia 2008
Pudełko z kokardą 3.- wyprawa piętrowym autobusem do Oxfordu.

 

 

 

No tak to nie wyglądają studenci Oksfordu. Tym raczej kariery naukowej nie wróżymy. Gdyby  prestiżowymi studentami byli, wystarczyłoby ich  poobserwować przez chwilę i możnaby tu portret człowieka o świetlanej przyszłości i światłym umyśle nakreślić. Ale niestety, ci, nawet jak się wyprostują, nadmą, dłonie w piramidkę i usta  w dziubek... to o inteligencką przynależność i świetlaną przyszłość nie zahaczą.

Pozostaje nam nakreślić portret prestiżowego studenta na podstawie artykułu książkowego: 'Oksfordzkie życie akademickie w liczbach i ciekawostkach'

 

 

* Przez studentów Oksfordu najczęściej czytane gazety: 'The independent' i 'The Sun'. Ten pierwszy, to tak zwana 'umiarkowana prasa wartościowa'. Drugi, to odpowiednik polskiego 'Faktu' (a raczej na odwrót). Dla przykładu, artykuły z dzisiejszego wydania słonecznej gazety: 'Zwycięzca ostatniej edycji Big Brother'a przeprowadza się na wieś', 'Które gwiazdy spędzą Święta na Barbados i dlaczego?',  'Wygrał ponad milion na loterii,ale wciąż wstaje o trzeciej nad ranem, by sprzedawać na targu warzywa. Poznaj go!'... 

Ech, muszę szybko wracać do Polski, by popracować nad swoim wizerunkiem intelektualisty. Bywając raz w tygodniu u babci, zawsze czeka na mnie gotowa prasówka- najlepsze wycinki z najlepszych tytułów- 'Fakt', 'Życie na gorąco', 'Fakty i mity', 'Twoje imperium'... A na deser Urban... I nigdy się nie nudzę, co chyba znamionuje mój potencjał...

 

 

 

 

* Ponad 50 % studentów to absolwenci prywatnych szkół średnich o wysokim czesnym. Podczas, gdy na innych uniwesytetach, wskaźnik ten nie przekracza 20%. Absolwentka Oxfordu Margaret Thatcher ostrzegała: 'Rodzice powinni zacząć oszczędzać na edukację dziecka, gdy ma ono dwa lata '.

 

 

 

 

W czasie egzaminów końcowo semestralnych studenci obowiązani są do stawienia się w tradycyjnym kostiumie kultywującym XIII wieczną modę duchowieństwa. Toga, biała koszula i czarny krawat dla mężczyzn, a dla kobiet... toga, czarna spódnica i białe pończochy.

 

 

 

* Organizacja życia i pracy jest pokiełbaszona. W skład Uniwersytetu wchodzi ponad 40 college'ów. Nie są to college w tradycyjnym rozumieniu,a raczej...hmm drużyny pod jednym herbem. Na przykład  'Wszystkich świętych', 'Kościołu Chrystusa', 'Jezusa', 'Bożego Ciała' 'Świętej Hildy', 'Królowej', 'Świętego Piotra', 'Świętej Anny'... Studenci poszczególnych college'ów studiują sobie na różnych uniwersyteckich kierunkach takich jak prawo czy sztuka. Wykłady i egzaminy organizuje uniwersytet, ale ćwiczenia, konwersatoria i zajęcia wyrównawcze zapewnia college. I każdy college chce to zrobić jak najlepiej żeby jego studenci wypadli na egzaminach naj-znako-wspania-pięknie-nicie... Przenosząc na nasz grunt, to tak jakby poszczególne grupy ćwiczeniowe raczej się nie lubiły, rywalizowały ze sobą, spędzały wolny czas raczej we własnym gronie. (...)

College to też miejsce gdzie się mieszka. To prawda, że miasto pełne jest Collegiów Maius, które nie są zamienione na muzea, ale są wciąż żywe, zamieszkane. W każdym z nich poza pokojami jest bar i coś na kształt świetlicy z telewizorem, gazetami i publicznym komputerem. Poza tym, każdy college ma swoje kluby- np. Klub Wspólnego Spożywania Posiłków, Klub Lubiących Się Napić, Klub Kulturalny, Klub Heteroseksualnej Dekadencji, Klub Studiów Strategicznych, Klub Dziecięcej Kupy i Gratów... .

 

 

 

* 43 % studentów określa siebie jako 'wymagających pomocy psychiatrycznej z powodu depresji lub nerwicy'.  Działa też grupa AA. 

 

 

 

DOBRA. STOP.

Nikt z nas nie należy do Klubu Statystycznej Kupy. Wolimy oglądać obrazki niż czytać i przeliczać.

Pooglądajmy obrazki. Bez liczb też będzie Oxford. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Te krowy powinny Was naprowadzić...

Brawo, piątka dla Bystrzaka! - Oxford to nie tylko Kujonistan- jest jeszcze sielska zieleń, sielska krowa, chłonący sielskość goście z Londynu.

I jak się gościom podoba?

 (Pytam prostego człowieka, by ostatecznie zostawić za sobą ten akademicki zaduch)

 

 Jakiś bezczelny typ poprowadził trasę Charytatywnego Biegu Mikołajów szlakiem naszego spaceru nad rzeką. Człowiek przyjechał odpocząć, a tu mu jakieś rozpędzone, żylaste, spocone gołe nogi vel maszerujące bez pośpiechu ciała w stroju crackersa  przecinają drogę... 

Ale ogólnie to fajnie było. Tak przedświątecznie jeszcze wtedy...

 

 

Otwarta na ludzkie spojrzenia pracownia cukiernicza. Dziesiątego grudnia trwały gorące prace nad świątecznymi tortoladami.

(To se żem podejrzała) .

 

 

 A na targu sprzedawano Coś Bliskie Niczego... 

 

 

A Homer Simpson wystąpił w bilboardowej reklamie mięsiwa... 

 

 

 A taki jeden co ze mną był i pił (nie powiem jak się nazywa, bo teraz go szukają), tak się rozochocił, że aż zwinął dwa świńskie serdelki, zeżarł i popadł w błogostan. Ale chyba nie na długo, bo czapka gore na złodzieju...

 

 

 

SmUtnY koNieC teJ CHAotyCznej hiStoRIi

 

 

 

14:01, dyniadlamumby
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 grudnia 2008
Zapach sosny w kącie

Zaczęłam ubieranie choinki. Jestem w połowie pracy.

 

 

 

 

 

Choinka została wycięta z kalendarza na rok 2009. Symbolika oczywista, ale czasem, to co oczywiste umyka, bo wydaje się za oczywiste, więc tłumaczę: choinka znaczy przyszłość. Bliska, nadchodząca człapu człap tupu tup. Na choince wiszą bombki i łańcuch, bo ja jestem tradycjonalistka. Choinka ma zaklinać rzeczywistość- co powieszone, to zaklepane.

 

Bombka 1.

 

 

W sobotę idziemy na koncert 'Zgubionej i znalezionej orkiestry'.Bilety kupiliśmy już we wrześniu za skumulowane napiwki z drugiego i trzeciego dnia mojej pracy. Za napiwki z pierwszego kupiłam bułkę i wodę mineralną Tescowianka Zdrój. To było tak dawno, że boję się, że bilety się przeterminowały. Wypieram jednak ten lęk i już nie mogę się doczekać. W Wigilię będę pracować od 11.00 do 21.00, Piotr pewnie też przyszaleje za barem zamiast za stołem, więc ta muzyka, koncert, wyjątkowość...  to taki alternatywny wyczekiwany wieczór.

 

 Bombka 2.

 

 

Noworoczne postanowienie niezapominania eko- siaty. Mam już trzy a ciągle zapominam zabierać i potem lezę z tymi foliowymi workami jak ten bezmózg. 

 

Bombka 3.

 

 

To raczej życzenie dotyczące przyszłości- niech poziom otaczających mnie sztucznych uśmiechów i potakiwań głową, sztucznych tworzyw, sztucznych relacji, sztucznych rozmów o serze i śniegu... zredukuje się wprost proporcjonalnie do mojej na to ochoty.

 

Bombka 4. 

 

 

Koraliki, które tata przywiózł mi z Chorwacji. Mam też całą masę innych koralików. I żyłek, sznurków, guzików, skrawków. Gromadzę, 'bo jak kiedyś będę miała trochę czasu', to zmienię ich status z bibelotowego na użytkowy. Czuję się bardziej zadowolona z siebie i pewna, bardziej odgrodzona od tłumu, gdy idę ulicą w kolczykach, które sama zrobiłam czy w bluzce, któą sama przeszyłam (Mama mówi: 'No ale czemu zniszczyłaś? Taka ładna, porządna była'). To nie jest lans na oryginalność i indywidualizm. To żaden wstyd, że  moje samostanowienie odbywa się (też) przez samoubieranie.

Postanowienie- znajdę trochę czasu i ponawlekam. Koraliki na żyłkę, nitki na igłę, igłę na koraliki, żyłkę na nitki...

 

--- 

Pod choinką leżą prezenty. Nie są niespodzianką. Dostałam je już dawno. Położone pod drzewem, na nowo cieszą. 

 

Pudło z kokardą 1. 

 

 

 

Pudło zawiera instrukcję czyszczenia moich nowych, pierwszych w życiu, firmowych, originalnych butów sportowych o hiperwygodnej, profilowanej wkładce i amortyzującej podeszwie.

Kokarda zrobiona jest z opakowania po moich ulubionych jogurtach. Nie ma takich w Polsce.  Są w czterech różnych smakach: tarty malinowej, biszkopta z truskawkami, sernika cytrynowego i szarlotki w karmelu.

 

Pudło z kokardą 2.

 

 

Pudło z przesłaniem, refleksją i morałem: jeśli w pewnym mieście masz swoje ulubione kino i wiesz gdzie jest najlepsza, ogólnodostępna sofa, to jest to już twoje miasto. Nawet, jeśli tylko na chwilę... Nawet, jeśli nigdy nie nazwałbyś go swoim miastem.

Mam swoje ulubione kino- 'Dom Obrazków w Greenwich', a najlepsza sofa jest  na drugim piętrze 'Tate Modern'. Ta z widokiem na Tamizę i Katedrę Świętego Pawła. Wygodna, z owym widokiem, za darmo, nikt cię nie budzi, nikt o nic nie pyta, tak sobie siedzisz, sam lub z kimś.

I to jest właśnie ten prezent- udało mi się wyzbyć początkowego poczucia obcości i... niewygody. 

 

--- 

 

Korzeń drzewka stanowi mapka nad- i podziemnych pociągów polondyńskich.

 

 

Odkąd wyartykuowaliśmy, że przecież nie po to jesteśmy na emigracji, żeby oszczędzać i odkładać, zakupiliśmy sobie po miesięcznym (93 funty sztuka). Odtąd możemy

więcej zobaczyć

szybciej zobaczyć

później wychodzić

skoczyć na kawę lub spacer na drugi koniec drugiej strefy

słuchać komunikatów zawiadowcy stacji

słuchać stukotu kół

czytać gazetę w metrze...

i ciągle są stacje na których do tej pory nie wysiedliśmy. 

 

-----

Nie jest to koniec opisu choinki, bo zarówno opis jak i choinka nie są skończone, ale czas na mnie. Piotr już gotowy w drzwiach. Wychodzimy. Skończę później. 

 

 

16:56, dyniadlamumby
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6